Marta Podgórnik
Brno
Pn 25.7. v 19:00
Košice
Wt 26.7. v 20:30
Ostrava
Śr 27.7. v 19:00
Wroclaw
Cz 28.7. v 19:00
Marta Podgórnik: bez kompromisów
Poetka, krytyk literacki, redaktorka. Urodzona w 1979 roku, mieszka w Gliwicach. Związana z wrocławskim Biurem Literackim, odpowiada za dział poetyckich debiutów i zamieszcza felietony w internetowym serwisie BL. Debiutowała w wieku siedemnastu lat, za tom Próby negocjacji (1996)otrzymała nagrodę główną w Konkursie Poetyckim im. Jacka Bierezina. W kompendium Tekstylia. O „rocznikach siedemdziesiątych” (2002) styl jej wczesnych wierszy określa się mianem „bezkompromisowego ekshibicjonizmu”. Wydała siedem książek poetyckich, za tom Paradiso (2000) była nominowana do Paszportu „Polityki”.
Agnieszka Wolny-Hamkało tak pisze o jej najnowszym tomie: W „Rezydencji surykatek” od pierwszego wiersza słychać charakterystyczny ton: straceńczą lekkość, ponury dowcip, nonszalancję, z jaką traktuje się życie. Jej bohaterka jest jak rewolwerowiec, który w kulminacyjnej scenie, tuż przed śmiercią zdobywa się na ostatni, błyskotliwy żart.
Quo vadis według Marty Podgórnik
czyli inni mówią za mnie
Czy ma jakikolwiek sens pytanie o docelowość wiersza? John Ashbery, jak chce anegdota powtarzana często na spotkaniach autorskich, zapytany po raz setny dlaczego pisze wiersze, odparł, że pisze z ciekawości, jak się skończą.
Od kilku lat prowadzę warsztaty twórczego pisania. Jedno z pierwszych zadań przed którymi stają ich uczestnicy polega na udzieleniu i zreferowaniu odpowiedzi na najprościej postawione pytanie - po co piszemy. Potraktowane poważnie, banalne z pozoru zadanie staje się wykładnią stosunku do literatury, i szerzej, całego systemu światopoglądowego. Zwłaszcza, że często adepci pióra zadają je sobie po raz pierwszy. Przeważają odpowiedzi błahe, uczniowskie ("żeby wyrazić siebie", "żeby rozładować emocje", "żeby utrwalić chwilę"), zdarzają się zabawne ("dla sławy", "dla przyszłych pokoleń", "żeby zaimponować dziewczynie"). Bywają i odpowiedzi zaskakująco (szczególnie dla samych odpowiadających) szczere: "piszę, bo się boję", któremu twierdzeniu radzę, gwoli doprecyzowania, przeciwstawić Bataille'owskie: "Piszę, żeby się nie bać".
Gdzie w tym wszystkim przyjemność? Nikt ze słuchaczy dziesiątek edycji warsztatów nie odpowiedział: piszę, bo lubię. Jakby było coś wstydliwego w czerpaniu radości z tekstu, w oderwaniu od wszelkich złożoności jego genezy, od całej tej archeologii uwikłań i uwarunkowań, od tej martyrologii doświadczeń osobistych i kulturowych.
"Żaden przedmiot nie pozostaje w trwałym związku z przyjemnością", konstatuje Lacan. Barthes ripostuje: "Dla pisarza taki przedmiot istnieje: nie jest nim mowa, jest nim system językowy, język macierzysty. Pisarz to ktoś, kto bawi się ciałem matki: gloryfikuje je i upiększa, albo ćwiartuje i doprowadza na skraj tego, co można w nim z ciała rozpoznać".
Nasze wiersze są na ogół mądrzejsze od nas i podróżują sobie tylko znanymi traktami, gdzieś w zakamarkach etycznego arche, o ile oczywiście im na to pozwolić. Leclaire twierdzi, iż "...ten, kto mówi, tym, że mówi, odmawia sobie rozkoszy; i na odwrót - kto rozkoszy zaznaje, skazuje każdą literę (i wszelkie mówienie) na rozpłynięcie się w absolucie anihilacji, którą celebruje". Andrzej Sosnowski w jednym ze swoich wierszy nie pozostawia nam złudzeń co do naszej roli: "Wiersz wychodzi z domu i nigdy nie wraca". Żal mi zatem tych, którzy ową "chwilę, w której ciało rusza w ślad za myślami" (Barthes) usiłują więzić w okowach krasomówstwa, formalizmu, źle pojętej kultury (wysokiej) języka, upatrując duchowości w skostnieniu. Tymczasem, jak pisze Baudrillard: "Wyjątkowość języka polega na tym, że pomimo swojej historii i źródła sprawia wrażenie, jakby za każdym razem odtwarzał się w niezmiennej formie, jakby w każdej chwili wymyślał siebie na nowo".
A ja? Nie ujęłabym swojego stosunku do tekstu/z tekstem lepiej, niż uczynił to we wzmiankowanym wcześniej eseju Le plaisir du texte (Przyjemność tekstu) Roland Barthes:
"Przyjemność tekstu nie musi należeć do typu triumfującego, heroicznego, umięśnionego. Nie ma co się prężyć. Moja przyjemność może równie dobrze dryfować. Dryfuję zawsze, gdy nie uznaję wszystkiego , i choć wydają się mnie unosić fantazje, zauroczenia i zachwyty nad językiem, niczym korek na fali, trwam jednak nieruchomo, kręcę się w kółko wokół nieznośnej rozkoszy, która łączy mnie z tekstem (ze światem). Dryfuję za każdym razem, gdy brak mi języka społecznego, socjolektu (jak w wyrażeniu: brak mi tchu)."
Jeśli jednak ową przyjemność tekstu i właściwości języka z ich powyższymi jak i nieskończenie licznymi innymi definicjami zachowamy dla terminologii literaturoznawczej, pozostaje do udzielenia jeszcze jedna odpowiedź, zawierająca w sobie wszelkie moje "po co" jak i "dlaczego". To coś, co Bohdan Zadura nazwał "radością pisania", a co w parafrazie brzmiałoby mniej więcej tak - robię to, co mnie cieszy, a to co robię cieszy tych, których lubię.